Powódź na terenie Polski po raz kolejny zbiera ogromne żniwo. To fakt. Dramaty rodzin i pojedynczych osób, jeden po drugim. Tu już sąsiad sąsiadowi nie pomoże za bardzo, bo nie wiadomo kto komu miałby pomóc najpierw. Ani jak.
Najgorsze, że ludzie nie chcą się przenosić. U nas w kraju jest zwyczaj kompletnego przywiązania do nieruchomości. Tu mieszkał mój dziadek i mój ojciec, to i ja będę tu mieszkał. I byle fala mnie stąd nie wypędzi. Trochę nie ma się co dziwić. Ciężko jest się dorobić jakiegoś większego dobytku, a po przeprowadzce ciężko zacząć wzsystko od początku. Takie zostawienie wszystkiego i próba zaczęcia nowego życia to ogromne ryzyko.
Dobry przykład jak to wygląda to Stany Zjednoczone. W czasach kolonizacji stosunkowo często (nawet bardzo) ludzie porzucali całe miasta i przenosili się w inne miejsce w celu poprawy bytu. Na stronie na wikipedii amerykańskiej na temat miast-duchów w USA wyraźnie widać jak wiele ich jest (niektóre stany mają osobną podstronę) i jakie są powody ich porzucenia (od zamknięcia firmy przez lokalnego przedsiębiorcę po groźby zalania). Czytam książkę na ten temat i taka praktyka była dość powszechna.
No ale Polska to nie Stany, a XIXw. to nie XXIw. Wiadomo, tam są duże porzestrzenie, taką wioskę się porzuca i 50 mil dalej zakłada się następne. Ale wydaje mi się, że jest też inny, poważny problem. Gdyby nasz rynek działał podobnie jak wtedy w Stanach, wyjść z takiej sytuacji byłoby co najmniej kilka. Ale ponieważ nasze państwo nam bardzo pomaga, to ludzie biedni i najbardziej potrzebujący nie mogą z tej biedy wyjść. Poniżej to tylko przykładowe scenariusze, które sobie wyobrażam.
Taka osoba/rodzina może pójść do jakiejś hurtowni, kupić parę artykułów (np. dogadując się, że odadzą później, kiedyś było to możliwe) i sprzedawać gdzieś. Np. kwiaty na ulicy albo napoje w gorący dzień, itp. Oczywiście dzisiaj przyjdzie kontrol albo straż miejska i im wlepi mandaty, że im się przestanie cokolwiek opłacać.
Mogliby się nająć do drobnych prac - przy sprzątaniu czy czymś takim. Ale nie ma tak łatwo - wszędzie trzeba podpisać umowy, najlepiej z płacą minimalną, jakieś podatki, ZUSy, itp. czy taka osoba myśli o odkładaniu na emeryturę, gdy chce się na tę chwilę od dna odbić? Można na szaro, ale chyba nie o to chodzi. Poza tym, skoro jest tak mnóstwo rzeczy wymaganych, to rodzi podejrzenia wobec ludzi, że bez umowy się nie da. A jak ktoś nas oszuka, to potem dochodzenie praw w sądzie parę lat się będzie ciągnęło i znów nie warto.
Przykłady można mnożyć, za każdym razem na przeszkodzie stoją przepisy, które w założeniach mają pomagać biednym. Zazwyczaj te właśnie przepisy robią biednym dużo gorzej. Tylko trzeba na to spojrzeć szerzej, a nie na pojedyncze zapisy. W ogóle przy praktycznie każdej (nie 100%, ale to znikoma część) próbie pomocy można pomyśleć na co to ma wpływ i znaleźć kto na tym zarobi albo na czym się to odbije negatywnie.
PS. Państwo wysłało już za mnie "kilka SMSów" na powodzian, więc ja nie muszę. Wpłacałbym kilka razy więcej (z ręką na sercu), gdyby kto inny za mnie nie decydował, że mam to robić.




Komentarze do wpisu „Odbudowa po powodzi”
Dobrze piszesz, problem w tym, że zmierzamy w dokładnie odwrotnym kierunku.